Miłość jest mądrością
Z ks. Markiem Dziewieckim - duszpasterzem, psychologiem autorem wielu książek m.in. : "Jak wygrać kobiecość - instrukcja obsługi", "Jak wygrać życie - instrukcja obsługi", "Jak wygrać przyjaźń? Instrukcja obsługi"
rozmawia Wojciech Kania,
kleryk Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu
Miłość nie jest zachowaniem spontanicznym
i dlatego zaczyna się od myślenia.
- Co to znaczy naprawdę kochać?
- Zrozumieć miłość możemy dopiero wtedy, gdy wiemy, czym ona nie jest. Otóż miłość to nie samo co popęd, instynkt czy biochemia. To nie efekt działania hormonów i feromonów. Gdyby miłość była popędem czy instynktem, to również zwierzęta byłyby w stanie kochać. I to nawet mocniej i wierniej niż człowiek, gdyż w zachowaniu zwierząt instynkty, popędy, hormony i feromony ogrywają znacznie większą rolę niż w zachowaniu człowieka. Miłość to także coś innego niż zakochanie i zauroczenie emocjonalne. Uczucia nie są racjonalnym regulatorem zachowań. Mogą prowadzić do okrutnej zazdrości albo do stanów samobójczych wtedy, gdy ta druga osoba opuszcza nas lub odpowiada obojętnością na nasze zauroczenie.
Miłość to również zupełnie coś innego niż tolerancja, gdyż tolerancja oznacza obojętność na los drugiego człowieka. Tolerować to mówić: rób, co chcesz, gdyż twój los jest mi zupełnie obojętny! Tolerancja byłaby dobrym sposobem regulowania relacji międzyludzkich tylko wtedy, gdyby nikt z nas nigdy nie krzywdził samego siebie, ani innych ludzi. Tolerancja byłaby zatem rozsądną postawą, gdyby każdy z nas zawsze czynił to, co mądre, czyli tylko wtedy, gdyby tolerancja nie była w ogóle potrzebna. Skoro jednak każdy z nas potrafi krzywdzić siebie i innych, to do człowieka należy odnosić się z miłością, natomiast o jego czynach należy mówić prawdę. Czasem gorzką prawdę. W odniesieniu do tych ludzi, którzy postępują szlachetnie, tolerancja to stanowczo za mało. Z kolei w odniesieniu do tych, którzy swoim zachowaniem krzywdzą siebie lub kogoś innego, tolerancja to stanowcza za dużo.
Miłość to także coś innego niż akceptacja, gdyż akceptować to zachęcać drugiego człowieka, by „był sobą”, czyli by pozostał w obecnej fazie rozwoju zamiast się nadal rozwijać. Tymczasem człowiek nie ma granic w rozwoju. Jeśli w jakiejś fazie życia nie staje się kimś dojrzalszym i silniejszym, to przeżywa regres i popada w kryzys. Akceptować to „zamrażać”, „hibernować” kogoś w jego obecnym stadium rozwoju, a kochać to pomagać temu drugiemu człowiekowi, by codziennie od nowa podejmował wysiłek pracy nad sobą i by w konsekwencji codziennie stawał się kimś dojrzalszym, szlachetniejszym i silniejszym niż wczoraj.
Miłość to nie to samo, co wiązanie się z jakimś partnerem, gdyż partnerstwo jest czymś dobrym w sporcie, ekonomii albo w pracy zawodowej, ale nie w miłości! Kochać to niebotycznie więcej niż być partnerem czy mieć partnerskie relacje. Partner nie odda za mnie życia, natomiast ten, kto kocha, jest zdolny nawet do ofiary z własnego życia. Właśnie dlatego mój los mogę powierzyć jedynie niezawodnemu przyjacielowi, a nie partnerowi. Miłość to także coś zupełnie innego niż tak zwane „wolne związki”. Prawdziwa miłość to przecież najsilniejsza i najbardziej wiążąca(!) więź we wszechświecie. Wyrażenie „wolne związki” – które jest wewnętrznie sprzeczne! – bywa używane wyłącznie przez tych ludzi, którzy chcą ukryć prawdę o tym, że ich związek jest nietrwały, niewierny, powierzchowny, nieodpowiedzialny. Pragną więc brzydkiemu związkowi nadać przynajmniej ładną nazwę. To tak, jakby mówić, że uczeń, który ma niemal same oceny niedostateczne, odnosi sukcesy szkolne w „alternatywny” sposób.
Miłość to wreszcie nie to samo co naiwność. W kontekście miłości naiwni jesteśmy wtedy, gdy pozwalamy się krzywdzić przez tych ludzi, których kochamy. Oznacza to, że nie bronimy się skutecznie przed tymi, którzy nas krzywdzą i którzy mimo naszego cierpienia nie mobilizują się do nawrócenia ani nie zmieniają swego błędnego postępowania. Człowiek, który mądrze kocha - a innej niż mądra miłości nie ma! – nikogo nie krzywdzi, ale też nie jest naiwny i dlatego potrafi stanowczo bronić siebie i swojej godności dziecka Bożego.
Gdy wiemy już, czym miłość nie jest, wtedy stosunkowo łatwo przychodzi nam opisać istotę miłości. Otóż istotą miłości jest nieodwołalna decyzja troski o rozwój danej osoby. Nie jest to jedynie decyzja „woli”, lecz decyzja całego człowieka, a zatem decyzja, w którą angażujemy cielesność, płciowość, myślenie, emocje, wrażliwość moralną, duchowość, religijność, a także wartości i aspiracje, którymi się kierujemy. Miłość jako decyzja troski o czyjś rozwój wyraża się na co dzień poprzez obecność, pracowitość i czułość. Najtrudniejsze zadanie tego, kto kocha, polega na trafnym doborze słów i czynów, poprzez które okazuje on miłość tej drugiej osobie. Obowiązuje tu zasada: to, czy kocham ciebie, zależy od mojej decyzji, ale to, w jaki sposób okazuję miłość, zależy od twojego zachowania. Mistrzem w tym względzie jest Jezus, który ludzi szlachetnych wspierał, błądzących upominał a krzywdzicieli i faryzeuszy publicznie demaskował po to, by się zastanowili i by przestali krzywdzić innych ludzi. Kto rozumie, na czym polega miłość, ten wie, że ona jest nie tylko szczytem dobroci ale też szczytem mądrości.
Prawdziwa miłość nie jest postawą spontaniczną. Przeciwnie, wymaga rozwagi w myśleniu i stanowczości w działaniu. W sposób bezmyślny i spontaniczny można ulegać lenistwu lub egoizmowi, ale nie można bezmyślnie czy spontanicznie kochać. Miłość zaczyna się od myślenia. Ten, kto nie myśli, nie jest w stanie kochać. Nie trzeba wcale myśleć po to, by skrzywdzić samego siebie czy kogoś innego. Trzeba natomiast być niezwykle rozważnym po to, by kochać. Zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi nam kochać taką osobę, która nie kocha nawet samej siebie.
- Czy może Ksiądz podać jakieś inne jeszcze argumenty na uzasadnienie powszechnego przecież przekonania, że miłość to uczucie?
- Rzeczywiście takie przekonanie jest mitem równie błędnym, co powszechnym. Zdarza się, że nawet niektórzy rodzice czy księża rozpowszechniają powyższy mit. Tymczasem gdyby miłość była uczuciem, to byłaby tak samo zmienna, jak zmienne są uczucia. Właśnie z tego powodu takiej „uczuciowej” miłości nie wolno byłoby ślubować. Nie możemy ślubować naszych stanów emocjonalnych, gdyż przynajmniej w pewnym zakresie nawet dla nas samych są one nieobliczalne. Od naszych decyzji zależą nasze zachowania, ale nie nasze uczucia. Te bowiem zależne są od wielu czynników: od sytuacji, w której się znajdujemy, od tego, w jaki sposób odnosi się do nas drugi człowiek, a nawet od tego, jaka jest pogoda czy ile godzin spaliśmy minionej nocy. Jednym mitem jest przekonanie, że miłość to uczucie, a mitem drugim jest wiara w to, że kto kocha, ten przeżywa jedynie miłe uczucia, czyli tak zwane „piękne uczucie miłości”. Prawdą jest natomiast to, że kto kocha, ten przeżywa silne uczucia, ale są to uczucia zróżnicowane: od wielkiej radości do ogromnego bólu i cierpienia, którego doświadczamy na przykład wtedy, gdy kochana przez nas osoba błądzi, gdy jest przez kogoś krzywdzona albo gdy ciężko choruje. Człowiek, który kocha, jest wrażliwy emocjonalnie, jak dziecko, a jednocześnie jest to ktoś, kto - w przeciwieństwie do dziecka! - nie kieruje się emocjami i uczuciami. Ten bowiem, kto kocha, kieruje się mądrością, odpowiedzialnością, wiernością i zdrowym rozsądkiem, a nie nastrojem chwili.
- W jaki sposób przekonać młodego człowieka o tym, że współżycie przed ślubem jest grzechem, jeśli ten ktoś odrzuca nauczanie Kościoła?
- Zadaniem kompetentnych wychowawców jest przytaczanie rzeczowych argumentów, które wręcz dowodzą tego, że współżycie seksualne przed ślubem jest zawsze krzywdą i to także dla tych, którzy nie wierzą w Boga czy którzy dystansują się od Kościoła. Jest tak, po pierwsze, dlatego, że współżycie przed ślubem nie oznacza, iż współżyjące ze sobą osoby rzeczywiście zawrą później ślub. Seks nie zobowiązuje przecież do ślubu nawet wtedy, gdy ci, którzy współżyją, solennie sobie ślub obiecują. W rzeczywistości często jest tak, że współżycie okazało się początkiem rozpadu więzi, a nie drogą do szczęśliwego małżeństwa. Dzieje się tak dlatego, że dziewczyna jest najbardziej atrakcyjna dla zakochanego chłopaka wtedy, gdy wymaga od niego pełnej szacunku miłości i gdy w związku z tym nie godzi się na współżycie przedmałżeńskie.
Po drugie, ludzie współżyjący ze sobą przed ślubem już nigdy nie będą pewni swojej wzajemnej wierności, jeśli nawet zdecydują się na ślub. Swoim dotychczasowym zachowaniem oświadczyli sobie przecież wzajemnie to, że ślub nie jest potrzebny do współżycia. Kto godzi się na współżycie przedmałżeńskie, ten daje tym samym prawo tej drugiej osobie do współżycia pozamałżeńskiego. Zgadza się więc pośrednio na to, że będzie w przyszłości zdradzany.
Po trzecie, współżycie przedmałżeńskie jest zawsze przejawem poważnej niedojrzałości psychicznej. Człowiek dojrzały dobiera bowiem gesty proporcjonalne do więzi, które zbudował z daną osobą. Ponieważ współżycie jest najsilniejszym znakiem bliskości i zaufania, to ludzie zdrowi psychicznie – także niewierzący! – rezerwują ten gest wyłącznie do najsilniejszej więzi. A najsilniejsza jest więź małżeńska, czyli więź z tobą, tylko z tobą i na zawsze! Im bardziej ktoś jest dojrzały, tym bardziej skupia się na osobie, którą kocha i tym mniej skupia się na seksualnym popędzie, który odczuwa.
Po czwarte, współżycie seksualne przed małżeństwem jest tym większą krzywdą, im młodsi są ci, którzy ze sobą współżyją. Jeśli, na przykład, osiemnastoletni chłopak współżyje z zakochaną w nim dziewczyną, która nie skończyła jeszcze piętnastu lat, to chłopak ten staje się przestępcą. Kodeks karny przewiduje za to karę kilku lat więzienia. Współżycie przedmałżeńskie prowadzi również do innych bolesnych krzywd, na przykład do uzależnień, do zerwania więzi z Bogiem i z rodzicami, do gardzenia samym sobą, do rozczarowania i poczucia winy.
Po piąte, system immunologiczny, chroniący dziewczynę przed zakażeniami i stanami zapalnymi narządów rodnych, osiąga swoją pełną skuteczność w wieku 20 – 21 lat. Właśnie dlatego ewentualne wcześniejsze współżycie wiąże się ze znacznie zwiększonym ryzykiem zakażeń groźnymi chorobami. Ponadto współżycie przedmałżeńskie wiąże się często ze stosowaniem antykoncepcji hormonalnej, czyli z przyjmowaniem – zwykle przez kobietę a nie przez mężczyznę! – zbędnych hormonów, a to powoduje dramatyczne skutki nie tylko dla fizycznego, ale też dla psychicznego zdrowia kobiety.
Po szóste, wyjątkowo naiwni są ci, którzy bezkrytycznie powtarzają mit o potrzebie seksualnego „sprawdzenia się” przed ślubem czy o potrzebie „dopasowania się” w tym względzie. Tymczasem jedyne, co rzeczywiście trzeba sprawdzić przed ślubem, to zdolność jego i jej do wiernej i czystej miłości. Znacznie łatwiej jest całować i współżyć niż kochać i chronić drugą osobę. Nie znam ani jednego małżeństwa, które rozpadło się z powodu „niedopasowania” seksualnego. Znam natomiast sporo małżeństw, które rozpadły się dlatego, że któryś z małżonków za mało kochał.
Warto pamiętać o tym, że jeśli jakich wychowanek jest nieszczęśliwy, gdyż mało kocha czy jest mało kochany przez swoich bliskich, to wtedy seksualność wydaje mu się czymś chorobliwie atrakcyjnym. W konsekwencji dla chwili przyjemności seksualnej potrafi poświęcić swoją godność, świętość, czystość, a nawet zdrowie i życie. Ktoś taki zwykle nie reaguje na żadne argumenty. Nie reaguje nawet na te argumenty, które w niezbity sposób dowodzą, że najbardziej radosne i błogosławione jest współżycie seksualne dwojga kochających się małżonków. Szczęśliwi i dojrzali chłopcy oraz szczęśliwe i dojrzałe dziewczęta wiedzą o tym, że ślub nie jest jakąś zbędną formalnością, ale uroczystym ogłoszeniem całemu światu, że oto oni zdecydowali się zawierzyć tej drugiej osobie na zawsze swój własny los oraz los swoich przyszłych dzieci. Odpowiedzialne współżycie seksualne oznacza deklarację wzajemnej wierności i odpowiedzialności kobiety i mężczyzny oraz decydowanie się na założenie rodziny. Nie jest to jedynie jeden z wielu zwykłych gestów, jak na przykład podanie komuś dłoni, po czym następuje powrót do samotności. Odpowiedzialne współżycie seksualne ma miejsce jedynie wtedy, gdy wiąże się z decyzją o podjęciu odpowiedzialności za tę drugą osobę a także z decyzją o budowaniu trwałej rodziny. Seksualność godna człowieka to nie fizjologiczny epizod, ani chwilowa „przerwa w samotności”.
- Dlaczego mam kochać kogoś, kto mnie skrzywdził?
- Tego typu pytanie pojawia się zwykle wtedy, gdy mylimy miłość z naiwnością. Wspomniałem już wcześniej o tym, że dojrzała miłość polega na tym, iż troszczę się o rozwój tej drugiej osoby. A troska o rozwój oznacza, iż pragnę, by ta druga osoba też uczyła się kochać, gdyż tylko wtedy może być szczęśliwa. Krzywdziciel nigdy nie będzie szczęśliwy. Właśnie dlatego kochać kogoś, kto nie chce lub nie umie kochać, to pomagać mu, by przestał krzywdzić. Kocham krzywdziciela wtedy, gdy nie odwołuję mojej miłości do niego, ale też nie pozwalam, by mnie krzywdził. Dzięki mojej stanowczej obronie krzywdziciel ma jedną ofiarę mniej na sumieniu i to może ocalić mu zbawienie! Niektórzy chrześcijanie sądzą, że powinniśmy kochać głównie nieprzyjaciół. Tymczasem dojrzały chrześcijanin to ktoś, kto potrafi kochać nie tylko przyjaciół, ale nawet nieprzyjaciół, czego nie czynili poganie. Obowiązuje tutaj zasada: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził. Zasada ta obowiązuje bez wyjątku, a zatem również w małżeństwie i dlatego Kościół katolicki przyznaje krzywdzonemu małżonkowi prawo do obrony skutecznej, czyli prawo do separacji. Separacja nie oznacza odwołania miłości ze strony krzywdzonego małżonka. Przeciwnie, separacja to trwanie w miłości. Jest to natomiast miłości na odległość, gdyż ta druga osoba uniemożliwia mądrą miłość z bliska. Czasem nawet rodzice nie mają już innego wyjścia, jak tylko kochać błądzącego syna czy błądzącą córkę jedynie na odległość, dopóki ten ktoś nie zastanowi się i nie przestanie błądzić.
- Czy naprawdę aby kogoś pokochać, to najpierw trzeba pokochać samego siebie?
- Zdecydowanie tak! I to nie dlatego, że uczy nas tego współczesna psychologia lecz dlatego, że powyższą zasadę podał nam Bóg już na początku Starego Testamentu: kochaj bliźniego jak siebie samego! Niedawno widziałem taki napis: „traktuj drugiego człowieka jak siebie samego!”. Na pierwszy rzut oka tego typu napis wydaje się prawdziwy, mądry i wzruszający. W rzeczywistości przytoczony napis jest błędny! Łatwo to sobie uświadomić wtedy, gdy spotykamy kogoś, kto nie kocha samego siebie, lecz przeciwnie – kto gardzi sobą, krzywdzi i poniża samego siebie, odrzuca siebie z obrzydzeniem czy poczuciem bezsensu życia. Byłoby czymś okrutnym, gdyby taki człowiek traktował nas w taki sam sposób, w jaki traktuje siebie. Dla przykładu, byłoby czymś bolesnym i krzywdzącym, gdyby erotoman traktował bliźniego jak siebie samego. Jezus jest w tym względzie bardzo precyzyjny i stwierdza: kochaj bliźniego jak siebie! Jeśli ktoś z nas nie kocha dojrzale samego siebie, to lepiej, jeśli unika kontaktu z innymi ludźmi. Prawdziwa jest wtedy zasada: jeśli źle traktujesz samego siebie, to przynajmniej nie traktuj bliźniego jak siebie samego. Dojrzale kochać samego siebie to mówić sobie całą prawdę na własny temat z całą miłością i cierpliwością. To stawiać sobie twarde wymagania, bez których nie jest możliwy rozwój i dorastanie don świętości.
- Czym jest cierpienie z miłości?
- Cierpienie nie jest z miłości lecz w miłości. Gdyby cierpienie było z miłości, to ten, kto kocha, musiałby zadawać cierpienie i w konsekwencji byłby odpowiedzialny za cierpienie. Tymczasem cierpienie to cena za miłość, a nie cecha miłości. To cena za miłość w warunkach ziemskich. W niebie nie będziemy raczej cierpieć w związku z tym, że kochamy. Warto w tym kontekście wyjaśnić, że zbawienie przyszło przez Miłość, a nie przez krzyż. Krzyż Jezusa jest dla nas ogromnie ważny dlatego, że na nim w sposób niezwykle mocny i nieodwołalny Bóg potwierdził swoją miłość do człowieka. W Starym Testamencie nikomu do głowy nie przyszło, by oczekiwać, że Bóg stanie się jednym z Nas i że pozwoli się z miłości do nas przybić do krzyża. A mimo to również przed Chrystusem sporo kobiet i mężczyzn tak bardzo zachwycili się miłością Boga do człowieka, że żyli w sposób święty i dostąpili zbawienia. Zbawienie przyjmuje bowiem wtedy, gdy kochamy, a nie wtedy, gdy cierpimy. Na końcu naszego życia doczesnego Bóg w ogóle nie zapyta nas o to, czyśmy cierpieli lecz wyłącznie o to, czyśmy kochali.
- Jak to jest z miłością Boga do człowieka? Czy Bóg kocha nas nawet wtedy, gdy jesteśmy grzesznikami i gdy już od wielu lat nie byliśmy u spowiedzi?
- Oczywiście, gdyż Bóg każdego z nas kocha zawsze, bezwarunkowo i nieodwołalnie! Wiem, że to dla nas trudne do wyobrażenia. Wydaje nam się to zbyt piękne, by było prawdziwe. Innym znowu razem wydaje się nam, że Bóg jest niesprawiedliwy albo naiwny, skoro kocha wszystkich ludzi i to niezależnie od ich zachowań. Łatwiej przychodzi nam uwierzyć w bezwarunkową i nieodwołalną miłość Boga do człowieka wtedy, gdy pamiętamy, że kochać to nie znaczy tolerować czy akceptować. Bóg nikogo nie przestanie kochać, ale też wszystkich zapyta o to, czy nauczyli się kochać. Jeśli nie, to wskaże im inne miejsce na życie wieczne niż wspólnotę zbawionych.
- Czy istnieje jakiś niezawodny sposób uczenia miłości na tej ziemi?
- Tam, gdzie w grę wchodzi miłość, tam w grę wchodzi osoba świadoma i wolna. Właśnie dlatego nikogo nie jesteśmy w stanie przymusić do miłości. Nawet Bóg tego nie próbuje, lecz do każdego z nas mówi: jeśli chcesz, pójdź za mną! Jeśli chcesz… Miłość człowieka jest albo odpowiedzią na miłość Boga, albo w ogóle nie jest możliwa. Kto nie wierzy w Boga, ten nie uwierzy w miłość. Jest tylko jeden sposób, by uwierzyć w miłość, a mianowicie samemu zacząć kochać. Innym ludziom możemy jedynie w tym pomóc. Nie możemy natomiast nikomu zagwarantować, że będzie kochał. Nie możemy właśnie dlatego, że nikogo nie zastąpimy w podejmowaniu najważniejszych decyzji w życiu. Dobry i mądry ojciec z przypowieści Jezusa tak bardzo kochał obydwu swoich synów, że żaden z nich nie miał mu niczego do zarzucenia. A mimo to jeden z nich odszedł z domu, a drugi kochał tak mało, że nie ucieszył się z powrotu swojego marnotrawnego brata. Na szczęście miłości doznanej raczej nikt nie zapomina. Syn marnotrawny najpierw zlekceważył miłość ojca, jednak później zastanowił się i wrócił. Właśnie stąd płynie moja nadzieja na zbawienie dla wszystkich ludzi.
- Czym kapłan może przyciągać młodych ludzi do Chrystusa, aby uwierzyli w Jego miłość?
- Nie czym, tylko kim! Otóż pierwszym narzędziem ewangelizacji jest osoba księdza, który głosi Chrystusa i Jego Ewangelię. Do Chrystusa nie przyciągniemy nikogo pięknymi słowami lecz jedynie piękną i radosną miłością w szarej często i smutnej codzienności. Do swoich uczniów Jezus mówi, że mają być Jego świadkami, a nie nauczycielami jakiejś Jego doktryny. Ksiądz przyciąga młodych ludzi do Chrystusa wtedy, gdy staje się dla nich drugim tatusiem, dodatkowym rodzicem, gdy – na wzór Jezusa – przebywa pośród nich od rana do wieczora, podobnie jak czynił to don Bosco, ks. Jan Vianney, Jan Paweł II i jak czynili to inni święci kapłani na przestrzeni całych dziejów Kościoła. Największym argumentem dla ludzi młodych jest radość kapłana. Najlepiej rozumie świat ten, kto ma największą wiedzę w tym względzie, a najlepszym świadkiem Boga jest ten, kto promieniuje największą radością.
- Często stwierdza Ksiądz, że kapłan to najlepszy na świecie specjalista od miłości przez duże M? Jak Ksiądz uzasadni to swoje twierdzenie?
- To proste! Przecież nikt z nas nie jest miłością: ani Ty, ani ja, ani nikt z ludzi, których spotykamy. Potrafimy uczyć się miłości, a jednocześnie codziennie odkrywamy w sobie przejawy egoizmu, naiwności, słabości i grzechu. Jeśli więc nie byłoby Kogoś, kto jest samą miłością i tylko miłością, to nawet nie zaczęlibyśmy kochać. Jeśli jest Ktoś, kto jest samą Miłością, to wtedy każdy, kto decyduje się być Jego wiernym uczniem, staje się największym na świecie specjalistą od miłości z małej i z dużej litery. Zasada ta dotyczy oczywiście nie tylko księży, ale też tych ludzi świeckich, którzy od Chrystusa uczą się kochać tak, jak On pierwszy nas pokochał. I w żaden inny sposób!
- Jak powinna się na co dzień przejawiać nasza miłość do Boga i do drugiego człowieka? Niestety często ogranicza się ona do pustych gestów sympatii…
- W odniesieniu do Boga nasza miłość na co dzień objawia się w tym, że ufamy Mu nade wszystko! Bardziej niż małe dziecko ufa rodzicom, przez których czuje się nieodwołalnie kochane. Rzeczywiście kocham Boga wtedy, gdy ufam Mu nie tylko bardziej niż innym ludziom, ale też bardziej niż samemu sobie, a zatem bardziej niż memu ciału, popędom, instynktom, subiektywnym przekonaniom, emocjom, aspiracjom czy marzeniom.
Z kolei miłość do bliźniego przejawia się na co dzień poprzez mądrą obecność, solidną pracowitość oraz cierpliwą i czystą czułość. Tylko wtedy bowiem jestem w stanie trafnie dobierać słowa i czyny, których potrzebuje kochana przeze mnie osoba po to, by stawać się Bożą wersją samej siebie, czyli po to, by dorastać do świętości. A święty to ktoś, kto postanowił tak żyć i tak postępować, jakby wrodził się do Boga. Sprawdzianem tego, że potrafimy kochać w codzienności, nie są nasze subiektywne przekonania w tym względzie, gdyż te mogą być iluzoryczne i mylące. Dobrym sprawdzianem jest raczej to, że ludzie szlachetni nam dziękują i że nam ufają. Natomiast ci, którzy błądzą i którzy są w kryzysie, unikają nas, wstydzą się nas i czerwienią się w naszej obecności. Kochać w codzienności to – na wzór Jezusa - odważnie wspierać ludzi szlachetnych i równie odważnie upominać tych, którzy błądzą.
- Dlaczego warto dla jednej miłości żyć?
- Ależ my nie żyjemy dla miłości! Miłość to zachowanie. To sposób postępowania. Tymczasem my nie żyjemy po to, by w określony sposób się zachowywać lecz po to, by być darem dla innych osób. Nawet jeśli nie ma ich obok nas! Sensem życia osoby nie jest coś (na przykład wzruszający sposób postępowania), lecz ktoś, kto jest dla mnie skarbem i świętością. Pamiętajmy o tym, że istnieje pierwszeństwo osób przed miłością. Ważniejsze jest przecież to, kim jestem niż to, co czynię. Właśnie dlatego z miłości do człowieka nie wolno mi poświęcić tego, co stanowi o godności mnie jako osoby. Nikomu nie mogę „poświęcić” mojej wolności, świętości, radości, czystości, więzi z Bogiem i zbawienia. Miłość bowiem jest mądrym darem a nie naiwną ofiarą. Dojrzały chrześcijanin do wszystkich ludzi odnosi się z miłością, ale osobiście wiąże się jedynie z tymi ludźmi, którzy też kochają. A swoją wieczność zawierza jedynie Temu, który z pewnością kocha na wieki.
WYWIAD Z KS. ZBIGNIEWEM NIEMIRSKIM
– BIBLISTĄ, REDAKTOREM RADOMSKIEJ EDYCJI „GOŚCIA NIEDZIELNEGO”
1. Jest Ksiądz wychowankiem seminarium sandomierskiego. Jak wspomina Ksiądz czasy pobytu w seminarium?
Jak wspominam seminarium? Powiem najkrócej jak mogę: To jest moje seminarium. W zaimku „moje” kryje się też relacja w drugą stronę: ja też jestem jego. I tak to już pozostanie. Ale trzeba też coś dopowiedzieć: W naszym seminarium w Sandomierzu studiowałem i odbywałem formację w latach 1980-85. Ostatni, szósty rok spędziliśmy w Radomiu, ale rekolekcje adwentowe i wielkopostne odbywały się w Sandomierzu. Myślę, że już wtedy, na ostatnim roku, zaczynaliśmy patrzeć na Sandomierz jako na czas wyjątkowy. Uroku tego miasta, niepowtarzalnego klimatu nie da wytworzyć gdzie indziej. Tak jak nie da się powtórzyć klimatu Kazimierza nad Wisłą czy uroku Zakopanego. By tego doświadczyć, trzeba w te miejsca po prostu wracać. Samo wspominanie seminarium to klika płaszczyzn. Pierwszą jest sam seminaryjny gmach. Już jego mury każą czuć się w jakiejś sferze wręcz metafizycznej. Aule wtopione w ciągi kleryckich pokojów, kaplica – wszystko blisko, na wyciągnięcie ręki. I to trwa. Kiedy przed uroczystością pogrzebową bp. Mariana Zimałka weszliśmy z ks. Jarosławem Wojtkunem (obecnie rektorem WSD w Radomiu) na chwilę modlitwy do kaplicy, obaj powiedzieliśmy jednocześnie: Czujesz? To ten sam zapach! Drugą płaszczyzną jest formacja intelektualna. Jeszcze w szkole średniej bardzo interesowała mnie – wtedy mówiłem religia – a teraz powiem teologia. Stąd do jej studiowania podchodziłem z pasją. Czytanie skryptów czy książek było dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Nie pamiętam, bym zastanawiał się nad tym, że to dla przyszłego księdza konieczne. Może dlatego było mi łatwej. Od dziecka ksiądz kojarzył mi się jako człowiek oczytany, który mi imponował. Widocznie miałem szczęście do takiego proboszcza i do takich wikariuszy. Pamiętam ich mieszkania z regałami pełnymi książek. Zakład naukowy w seminarium był kontynuacją tych pokoi, prawdziwą świątynią wiedzy. Zachodziłem tam z jakimś nabożnym nastawieniem. Formacja duchowa to przestrzeń, która bardzo trudno poddaje się samoocenie. Powiem tylko, że starałem się, choć pobudka o 5.30 to było najcięższe ćwiczenie fizyczno-duchowe całego dnia.
2. Jest Ksiądz jednym z twórców zespołu „Wbrew pozorom”. Jakie były początki?
Początki zespołu to jeszcze lata 70. Wtedy powstał zespół trzech „S”: Jurka Szpytmy, Grzesia Senderskiego i Wojtka Szarego (dziś pracują w Radomiu, a ks. Szary prowadzi szkołę organistowską). Gitary akustyczne, ładne głosy, melodyjne piosenki. Potem chciał to nieco zmienić Marek Jagodziński (właśnie kończy przewód habilitacyjny z teologii dogmatycznej). Był mu bliższy rock. My weszliśmy w ten drugi nurt. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chcę tu niczego oceniać. Nie używam określenia lepszy, ale po prostu inny. To na bazie tego swoistego napięcia zrodziła się nazwa. Na scenę czy przed prezbiterium wychodzi klerycki zespół. Sutanny, młodzi ludzie kojarzący się z delikatnym brzmieniem. A to pozór. Bo za chwilę zabrzmią decybele niczym przy starcie odrzutowca. Publiczność reagowała różnie. Młodzi byli zaskoczeni i „kupieni” po kilku taktach. Starsi – czasem byli to księża – bywali oburzeni. Potem już wiedziano, co gramy. A graliśmy też łagodniejsze utwory. U końca działalności wielką popularnością cieszyły się nasze jasełka. Nie czuliśmy się zawodowcami czy gwiazdorami. Rozumieliśmy, że taka forma przekazu treści religijnych była najskuteczniejszym sposobem docierania do młodzieży. Proszę pamiętać, że w pierwszej połowie lat 80. polski rock był najpopularniejszą muzyką Polaków. Na listach przebojów polskie piosenki były nieustannie na pierwszych miejscach. Dziś trochę mi żal, że w parafiach bardzo skurczyła się moda na istnienie zespołów. Przecież młodzi nadal lubią słuchać muzyki. Byłem niedawno na Apelu Młodych w Radomiu. Zagrali tam uczniowie ze szkoły muzycznej. Trąbki, skrzypce, flety, gitary, pianino. Nie dawali koncertu. Po prostu akompaniowali znanym piosenkom; na przykład Barce. A ja patrzyłem, co działo się z młodzieżą. Oni śpiewali i przeżywali. Do tego trzeba wracać. O tym trzeba pamiętać, dziś, gdy przeżywamy kryzys duszpasterstwa młodzieży.
3. Zaangażowany był Ksiądz również w życie teatru seminaryjnego. Która ze sztuk wywarła na Księdzu największe wrażenie?
Każda z premier była jedyna i ważna. Ks. prof. Wiesław Wilk z każdej starał się wydobyć przesłanie, które ma pozostać żywe u odbiorców. To także była ewangelizacja. A jeśli mam wymienić jakiś tytuł, to chyba powiem o „Dniu gniewu”. Graliśmy go miedzy innymi w Poznaniu, a na widowni zasiadł sam autor Roman Brandstaetter. Po spektaklu przyszedł i powiedział, że zazwyczaj, gdy widzi inscenizacje swych dramatów, szybko wychodzi. U nas pozostał do końca. Trudno o lepszą recenzję. To było bez wątpienia zasługą naszego Reżysera.
4. Dlaczego szczególne zainteresowanie w Księdzu wzbudził św. Paweł?
Seminaryjne wykłady z Biblii, a jestem uczniem profesorów ks. Stanisława Legięcia, ks. Adama Kończaka i bp. Adama Odzimka, były mi jakoś szczególnie bliskie. Gdy potem rozpocząłem studia biblijne, często korzystałem z wiedzy wyniesionej z seminarium. Na pewno jakimś ułatwieniem przy tych studiach, gdzie mocny akcent położony jest na naukę języków, był fakt, że kończyłem licealną klasę o profilu humanistycznym. W seminarium w naukę łaciny wprowadzał nas ks. prof. Stefan Kryj, a potem ks. prof. Marek Kozera. Mnie znów było łatwiej, bo miałem za sobą cztery lata łaciny, której uczył nas w liceum świetny pedagog pan prof. Stefan Fudalej. Ks. Kozera jest moim kuzynem i na mojej Mszy św. prymicyjnej głosił kazanie. On też podtrzymywał moje intelektualne zapędy, w tym też i te ściśle naukowe. To on zawiózł mnie po raz pierwszy na KUL. Mówię o tych sprawach i o tych osobach zmierzając do św. Pawła. To moje zainteresowanie nie wzięło się znikąd. Moi wykładowcy byli ludźmi, którzy zarażali nas pasją. A gdy i dziś słucham czasem ks. prof. Józefa Krasińskiego, to wspominam tamte wykłady, tamtą pasję przekazywania wiedzy. Wspominam ks. wicerekotora Zbigniewa Majchrzyka, ks. prof. Antoniego Skwarę, ks. prof. Kazimierza Skawińskiego, ks. prof. Władysława Gwoździa i wielu innych. Jak oni mi imponowali. Wiedza, kompetencja. Nie wiem, czy o tym myślałem w ten sposób, ale też chciałem się w coś intelektualnie zaangażować. Św. Paweł pojawił się w Rzymie. Słuchałem wtedy wykładów jezuity, światowej sławy speca od św. Pawła, o. prof. Alberta Vanhoye. Św. Paweł w moim życiu to jego „sprawka”. Jak on o nim mówił. Ten Święty żył. Nie był martwym życiorysem, zbiorem dat, danych z tła historycznego, przekazicielem idei teologicznych. Był osobą, która nadal żyje, mówi, przekonuje. Napisałem dwie książki o św. Palwe i pracę doktorską. Opublikowałem szereg artykułów, w tym sam nie wiem ile o charakterze popularyzatroskim. To „przegięcie” zaczęło się na auli Biblicum.
5. Gdyby nie było św. Pawła to chrześcijaństwo byłoby uboższe? Jak bardzo zmienił on pierwszych chrześcijan?
Trudno determinować i ograniczać Pana Boga. Gdyby nie było św. Pawła, zapewne nasz Stwórca poradziłby sobie przy pomocy innego narzędzia. Ale św. Paweł był. Formował się tak, jak formował, był tym, kim był. I właśnie takiego znalazł Pan Bóg. Przecież wyraźnie powiedział o tym Ananiaszowi w Damaszku, gdy ten bał się niedawnego prześladowcy uczniów Chrystusa: Wybrałem go sobie na narzędzie. Św. Paweł otworzył młodemu Kościołowi świat. On pokazał swoim życiem, że świata nie trzeba się bać, ale trzeba go zmieniać. Św. Paweł zrobił tylko to, co nakazał Pan Jezus: Idźcie na cały świat! My często przybieramy pozę obrażonych uciekinierów. Mówimy, że jesteśmy nie z tego świata, że świat nas nie rozumie. Przekłamujemy tu jednocześnie myśl, jaką w terminie „świat” zawarł św. Jan. Często dzieje się tak, że taka ucieczka owocuje tym, iż nasze przepowiadanie jest nie na cały świat, ale w cały świat.
Bez św. Pawła – pomijając oczywiście Bożą Opatrzność – Kościół stałby się małą sektą w łonie judaizmu i wymarłby razem z judeochrześcijańskim modelem Kościoła najpóźniej gdzieś na przełomie II i III w.
6. Święty Paweł, myślę, że można tak powiedzieć, był pierwszym misjonarzem. Czy możemy powiedzieć o dzisiejszych misjonarzach, że są takimi św. Pawłami, którzy niosą Chrystusa i Jego Ewangelię?
Odpowiem krótko: tak. Ale dopowiem. Misje dzieją się tu i teraz. Najbardziej spoganiałym miastem Europy nie jest Amsterdam, ale czeska Praga. Gdy w tym pierwszym mieście na pytanie o to czy jesteś ochrzczony pada odpowiedź: tak lub nie, to w drugim z miast pada pytanie: Co to jest chrzest? Bardzo często mówimy o spoganiałym, zgniłym Zachodzie. Ale spójrzmy na Wschód. W Rosji 60% ciąż kończy się aborcją. W tym kraju mężczyźni żyją 20 lat krócej niż na zachodzie, bo zapijają się bez pamięci. Rosjanki na Syberii szukają mężów wśród Chińczyków. W nas jest sporo ze Wschodu. Szukając modeli przezwyciężania problemów, nie możemy tylko mówić Zachodowi nie. Musimy też mówić „nie” temu, co w nas złego zaszczepił Wschód.
Misje dzieją się tu i teraz. Spójrzmy na telewizyjne konkursy. Biorący w nich udział odpowiadają na pytania, budzą podziw, mają ogromną wiedzę. A potem przegrywają wielkie nagrody i pieniądze, bo pada pytanie z religii – na poziomie II czy III klasy szkoły podstawowej. To wielkie oskarżenie pod adresem naszej katechezy i naszego kaznodziejstwa.
7. Na co szczególnie w nauczaniu św. Pawła należałoby zwrócić uwagę w Roku ogłoszonym Jego rokiem?
Trudno wskazać na jakiś jeden konkretny temat. Każdy dla kogoś jest jakoś ważny. Szukając odpowiedzi, wskazałbym na samą osobę Apostoła. Jest to człowiek pasji. Jeśli coś robił, to był w tym cały. Gdy był gorliwym żydem, to był faryzeuszem, prześcigającym w żarliwości swych rówieśników – jak o tym pisze Galatom. Gdy został uczniem Chrystusa, napisał Filipanom: dla mnie żyć to Chrystus.
8. W czym zatem tkwi fenomen św. Pawła?
Myślę, że tkwi on w tej pasji, gotowej zmieniać świat i zdobywać go dla Chrystusa. Tu jest ta Pawłowa aktualność. Jeśli parokrotnie wspominałem o pasjach, to dlatego, że właśnie w braku pasji widzę największe zagrożenie dla Europy i dla nas. Nasz kontynent stracił pasję. Stał się tym samym skłonny godzić się na wszelkie kompromisy, byleby mieć święty spokój. Godzi się na wyrugowanie chrześcijańskich korzeni, bo te domagają się zaangażowania, a więc pasji. Otwiera się na tolerancję, którą rozumie jako szacunek dla wszelkich wartości, z wyjątkiem chrześcijańskich i katolickich, bo te stawiają wymagania – potrzebują pasji. Nam duszpasterzom też niekiedy brakuje pasji. Często stajemy się Bożymi zawodowcami. Czasem mówię alumnom, że kleryk na V roku jest już takim profesjonalistą, że w seminarium nie robi żadnego niepotrzebnego ruchu. Ze smutkiem słucham wieści, jak to duszpasterz z sześcio- czy dziesięcioletnim stażem już nie potrafi pielgrzymować, prowadzić tej czy innej grupy. Mając nieco ponad trzydziestkę, jest wypalonym emerytem (bez obrazy dla emerytów). A tutaj patrzę: Maryla Rodowicz – 63 lata, Mick Jagger starszy od niej dwa lata i wielu innych. Wciąż pełni pasji. Nie jestem fanem przywołanych wykonawców, ale muszę schylić czoła przed ich pasją. Prof. Magdalena Środa, która z taką pasją walczy z bliskimi nam wartościami, ma 51 lat. Jej rówieśnikiem jest Tomasz Raczek. Jerzy Urban ma 75 lat – jest „starym człowiekiem”, niczym św. Paweł z Drugiego Listu do Tymoteusza. Nam nie wolno uciekać ze świata. Potrzeba nam pasji jaką miał św. Paweł – mając 20, 40 czy 60 lat.
Wywiad z O.Leonem Knabitem

kl. Wojciech Kania: Jest Ojciec osobą medialną, występuje w telewizji pisze książki, głosi rekolekcje. Kiedy znajduje Ojciec czas, aby nabrać sił duchowych i tych witalnych?
O. Leon Knabit OSB: Jan Paweł II napisał kiedyś: „Jeśli wszystko musi ustąpić na drugi plan wobec modlitwy, wówczas modlitwa daje sobie radę nawet z najbardziej zapracowanym dniem”. Jeśli o tym pamiętam wśród codziennych zajęć, wówczas musi się znaleźć czas na medytację, liturgię godzin, czytanie i rozważanie Pisma Świętego. I wtedy nie widzę problemu czy jestem w klasztorze, czy siedzę w telewizji. Jeżeli wszystko co się robi, robi się na chwałę Bożą, to znajdzie się czas na wszystko.
kl. Wojciech Kania: Dlaczego warto dla „Jednej miłości żyć”?.
O. Leon Knabit OSB: Jeżeli się żyje dla wielu „miłości”, to miłość ulega rozproszeniu.
Nie wiadomo nawet, czy to jest miłość. Gdy się mówi „jedna miłość, jedyna miłość”, wiadomo, że chodzi o Jezusa Chrystusa, od którego wszelka miłość pochodzi. Wiem, że czerpiąc z tej miłości jaką jest Jezus Chrystus, sam niejako staję się miłością duchową, która umocniona w Chrystusie, staje się miłością budującą, a nie niszczącą. Miłość zresztą nie polega tylko na dawaniu. Trzeba umieć dawać ale też i brać. Jak by wyglądały relacje międzyludzkie gdyby wszyscy tylko dawali? Były by nieźle skrzywione.
kl. Wojciech Kania: W dzisiejszym świecie zagrożenia dla młodych ludzi są ogromne.
W jaki sposób zaciekawić młodzież Jezusem Chrystusem?
O. Leon Knabit OSB: Odpowiedź jest trudna, bo właściwie największym zagrożeniem dla młodych ludzi są starsi. Można nawet powiedzieć, że największym zagrożeniem dla dzieci są ci rodzice, którzy nie podejmują świadomie swoich obowiązków, wypływających z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Jeśli dzisiaj są młodzi ludzie sprzeciwiający się wszystkiemu co chrześcijańskie, ale nie tylko, bo przeciw wszelkim wartościom, to byli oni najprawdopodobniej zranieni na początku przez rodziców. Dlatego trzeba rzetelnie dawać świadectwo temu, co dobre. Trzeba być autentycznym świadkiem Chrystusowym. Żyć tak, jak się uczy innych. Cenne są rozmaite katolickie wspólnoty. Wielka jest też rola oddanego Chrystusowi kapłana. Muszą młodzi ludzie widzieć zaangażowanie ich duszpasterza. Jeśli nie będzie dobrego pasterza to wspólnota się rozproszy.
kl. Wojciech Kania: Mija dwa lata od śmierci naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II. W tamtym okresie wielu ludzi nawracało się. Często były spowiedzi po parunastu latach przerwy. Wiele osób w pewien sposób niewierzących klęczało i modliło się. Gdzie teraz podziali się ci ludzie? Wtedy kościoły były zapełnione, a teraz wszystko wróciło do normalności?
O. Leon Knabit OSB: Choćby najmniejszy okruch dobra, które zaistniało, ma swój sens. Każde dobro ma sens swego istnienia. Może nie często owocuje ono takim nawróceniem, jak u Marii Magdaleny czy u Szawła. My idziemy taką linią falistą. Raz są góry raz doły. Chodzi o to, aby chcieć być na górze. Ta linia falista powinna jednak w efekcie cały czas piąć się ku górze, bo mało kto idzie do góry prosto, ruchem jednostajnie przyśpieszonym. Działanie Jana Pawła II po jego śmierci miało, a i ma, charakter takiego zasiewu czy zaczynu, który będzie przynosił owoce w przyszłości. Wiele dzieł rozpoczęto za życia Papieża. Dzieła te nadal trwają i rozwijają się. Owocem i znakiem pamięci o Janie Pawle II są choćby stypendia dla młodzieży uzdolnionej, chcącej dalej się kształcić, a nie mającej do tego środków. Jest to żywy pomnik Jana Pawła II. Główne dzieła są nakierowane na miłosierdzie. Nie tylko w Polsce pamiętamy w ten sposób o naszym Papieżu. W laickiej Francji w Paryżu nie tylko,
jest plac jego imienia ale także mówi się, że Kościół we Francji zaczyna wychodzić z katakumb. Działania z „opóźnionym zapłonem” zarówno w dziedzinie społecznej i politycznej przyciągają ludzi do Kościoła, może nie od razu wielkie rzesze, ale stopniowo. W postępowaniu wielu ludzi da się zauważyć jakiś rys oddziaływania Papieża. I to pozostanie. Papież poruszył glebę całego świata. W wielu ludziach nawróconych po śmierci Jana Pawła II gleba ich serca została poruszona, nie jest już twardą skorupą, w swoim czasie ta gleba wyda owoce. Nie można oczekiwać od ziarna rzuconego w glebę, aby zaraz wydało, po kilku dniach, dorodny kłos zboża.
kl. Wojciech Kania: W obecnych czasach, można zaobserwować jakby wzmożoną ekspansje Islamu na Europę. Jak Ojciec myśli czy za kilkadziesiąt lub kilkaset lat Europa będzie islamska a Chrześcijaństwo będzie musiało zejść powtórnie do katakumb?
O. Leon Knabit OSB: Nie mam daru proroctwa i trudno mi przewidywać. Na razie w islamie dochodzą do głosu tendencje skrajne, co się pojawiło po słynnym wykładzie Benedykta XVI w Ratyzbonie. Setki tysięcy ludzi manifestowało, niszczyło świątynie i zabijało chrześcijan. Ci ludzie nawet nie mieli pojęcia, o co dokładnie chodzi. Może islam ma być biczem Bożym na spoganiałą Europę, która nawet nie chce potwierdzić historyczności swoich chrześcijańskich korzeni. Biedny Benedykt XVI, który niemal na progu swego pontyfikatu spotyka się z kontestacją nieuświadomionych mahometan, a zaraz potem w katedrze warszawskiej – awangardy katolicyzmu umiłowanej Polski, „kraju szczególnego świadectwa”.
kl. Wojciech Kania: Mówi Ojciec o wierze w Boga bardzo radośnie. Wielu słuchaczy z rekolekcji czy homilii zapamiętuje dzięki temu wiele i nie są znudzeni nauką. Czy myśli Ojciec, że gdyby księża właśnie w radosny sposób mówili o wierze to ludzie chętniej by słuchali kazań i więcej by zapamiętywali, a nie myśleli tylko kiedy kaznodzieja skończy?
O. Leon Knabit OSB: Oczywiście nie chodzi o to, by kazania zamienić na internetową stronę humoru. Ale z pewnością śmiertelnie poważne w formie traktowanie spraw wiary i moralności, poruszanie tematów, które słuchaczy zupełnie nie obchodzą, bo nie są związane z ich życiem oraz nie inteligentne politykierstwo (czemu przeciwstawiam inteligentne i pełne miłości do człowieka nawiązywanie do problemów politycznych), przyczyniają się do nie wykorzystania w pełni tego atutu, którym jest możliwość bezpośredniego przemawiania w każdą niedzielę do milionów ludzi.
kl. Wojciech Kania: Czy mógłby Ojciec przytoczyć jakąś zabawną historię z życia zakonnego?
O. Leon Knabit OSB: Staruszek benedyktyn, ojciec Józef musi przebywać w łóżku z powodu poważnej choroby. Obsługujący go młody brat Aleksander przynosi posiłek - przyprawiony przez siostry w kuchni móżdżek.
Bracie Aleksandrze, a ten móżdżek, co siostry przygotowały, a Brat przyniósł, to Brata był, Brata?
Nie, a dlaczego?
Bo go tak mało było.
Mało? Ale wystarczyło, żeby się Ojcu dowcip poprawił…
kl. Wojciech Kania: Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad z Wojciechem Cejrowskim
kl. Wojciech Kania: Każdy w życiu zostaje do czegoś powołany. Zamiłowanie do odkrywania świata także można nazwać powołaniem. Kiedy odkrył Pan w sobie to zamiłowanie?
Wojciech Cejrowski: Nie mam takiego zamiłowania. Podróżować zacząłem nie z chęci odkrywania świata, lecz z niechęci do śniegu. Od dziecka nie cierpię zimna, zimy, śniegu... a zatem kiedy nadarzyła się pierwsza okazja ucieczki ze śniegu w tropiki, skorzystałem. I teraz jestem jako ten polski bocian - odlatuję na zimę do ciepłych krajów. A odkrywanie świata odbywa się przy okazji.
Ja mam całkiem inne powołanie - dzielić się światem z innymi, przywozić go im do domu w formie opowieści, które zastąpią podróże tym, którzy podróżować nie mogą.
kl. Wojciech Kania: Jak wybiera Pan miejsce na kolejną wyprawę? Czy jest to wybór na chybił trafił palcem na mapie?
Wojciech Cejrowski: O nie! Wybieram świadomie - szukam białych plam.. a raczej zielonych plam. Szukam miejsc na tyle odległych od cywilizacji, że nie ma tam już dróg, nawet polnych, nie dociera radio, ani fale TV. W takich miejscach mam jeszcze szanse (malejące z każdym dniem) odnalezienia plemion pierwotnych. To moje główne zainteresowania - plemiona pierwotne, ostatnie na tej ziemi. Za naszego życia wszyscy będziemy już ucywilizowani. Ja szukam ostatnich szczątków dawnych kultur. I pluje sobie w brodę, że urodziłem się o 50 lat za późno na to, co robię.
kl. Wojciech Kania: Jak Pańska rodzina reaguje na tak długie rozstania?
Wojciech Cejrowski: Tak, jak rodzina każdego marynarza, żeglarza, emigranta, misjonarza, włóczęgi... Tak, jak dawniej reagowały rodziny kupców przemierzających pustynie. W moim zawodzie nie ma nic nadzwyczajnego, to raczej Wy jesteście dziwnie przyśrubowani do ziemi; do miejsca urodzenia. Człowiek od początków swych dziejów był gatunkiem wędrownym. Wędrowanie za chlebem (pożywieniem) jest rzeczą naturalną. Siedzenie za biurkiem nie jest.
kl. Wojciech Kania: Jak się Pan czuje gdy jako pierwszy „bladolicy” staje Pan na jakiejś obcej ziemi?
Wojciech Cejrowski: Czuję się wyróżniony, uprzywilejowany, szczęśliwy. Że jednak się jeszcze udało taką ziemię znaleźć. I, że to mnie spotkał ten dar z niebios.
Wojciech Kania: Czytając Pańską książkę Rio Anakonda i oglądając fotografie pokarmu Indian tam zamieszczone można krótko powiedzieć, że nie wybrzydzają w pokarmie. Jaka jest najbardziej dziwna potrawa, którą Pan jadł? (nie koniecznie w dżungli).
Wojciech Cejrowski: No cóż. Zupka z suszonych owoców, którą babcia serwowała z okazji każdej wigilii - coś obrzydliwego!!! Kiedyś zagroziłem babci, że jak nadal będzie nas mordować tą tradycją to przejdę na islam. Niestety nie poskutkowało - babcia była jeszcze wiele razy recydywistką. Teraz siedzi sobie w niebie, a my... ze względu na jej pamięć, rok w rok, przyrządzamy sławną zupkę-obrzydliwkę.
Wojciech Kania: Zapewne na kuli ziemskiej jest niewiele takich miejsc gdzie Pan jeszcze nie był. Jednak czy jest takie jedno jedyne miejsce gdzie na stałe chciałby Pan zapuścić korzenie?
Wojciech Cejrowski: Nieprawda. Miejsc gdzie nie byłem jest bardzo wiele. Mam za sobą tylko 50 krajów, czyli mniej niż 25%. A jeśli chodzi o kultury, społeczności etniczne, języki uuuu... życia mi nie starczy. A na stałe? Korzenie? Na razie jeszcze na etapie burzanu. Wie Pan co to burzan? Taki krzak na stepie, lub na prerii. Czasami przelatuje w poprzek drogi w jakimś westernowym pejzażu, toczony przez wiatr. Burzan najpierw rośnie sobie spokojnie na korzeniach. A kiedy osiągnie dojrzałość odrywa się od korzeni i porywany wiatrem toczy, i toczy zwiedzając świat. Pod koniec życia albo tocząc się w nieskończoność oddaje nasiona i pozostawia na ziemi nowe pokolenia burzanów, albo trafia między skały, lub w jakiś dołek, gdzie go zastaje pora deszczowa i wtedy burzan puszcza nowy korzeń w nowym miejscu.
Przechodząc od metafory do życia - na stare lata osiądę w trzech miejscach: w Meksyku, na Karaibach oraz na barce mieszkalnej, która będzie pływała po Amazonce. trzy miejsca które kocham i trzy domy. Bo w jednym byłoby mi za ciasno. I nie chodzi o metry kwadratowe, tylko o pejzaż za oknami.
kl. Wojciech Kania: Auto odpowiedź na Pana skrzynce mailowej informowała, że wyjechał Pan do Afryki i będzie pod koniec lutego. Czy zbiera Pan materiały do następnej książki? Myślę, że wielu czytelników Pańskich książek z niecierpliwością czeka na następne. Kiedy możemy się spodziewać następnej publikacji?
Wojciech Cejrowski: W Afryce kręciłem kolejne odcinki programu "Boso przez świat" dla TVP2. A materiały do nowej książki już dawno pozbierane. Trzy kolejne tytuły czekają w kolejce, ale na razie jeszcze trochę poczekają, bo poprzednie, czyli "Rio Anaconda" i "Gringo wśród dzikich plemion" sprzedają się wciąż doskonale. Wydawca czeka z nową książką na spadek sprzedaży poprzednich.
kl. Wojciech Kania: Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad z ks. Dr Stefanem Moszoro – Dąbrowskim z Opus Dei
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski. Urodzony w rodzinie polskiej w Argentynie (1957). Inżynier elektronik. Doktor teologii. W latach 1989/99 pełnił funkcje wikariusza regionalnego Opus Dei w Polsce. Mieszka w Warszawie)

kl. Wojciech Kania: W jakich okolicznościach związał się ksiądz z Opus Dei?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: W zwykłych. Takie jest Opus Dei zwykłe, normalne, ludzki. Moi rodzice mieszkali we Lwowie przed wojną. Tata był całą wojnę w wojsku. Mama siedziała w Auschwitz od 1942. Po wojnie poznali się w Londynie, gdzie się pobrali i emigrowali do Argentyny. Mieszkaliśmy w Rosario (miasto znany z mundialu 1978, wtedy Polska przegrała 0-2 z Argentyną). W roku 1969, Bartek jeden z moich starszych braci został zaproszony przez kolegę do ośrodka Opus Dei. Rodzice się dowiedzieli o co chodzi i im się spodobało. Moi rodzice dbali o nasze wychowanie religijne. Szybko wszyscy się mocno zaangażowaliśmy. Można powiedzieć, że „wpadliśmy jak śliwka w kompot”.
kl. Wojciech Kania: Co jest istotą duchowości Opus Dei i jaki model duchowości z tego wynika?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Istotą Opus Dei to przemienianie wszystkiego w okazję do dialogu z Jezusem i służby bliźniemu. Mnie bardzo pociągnęła możliwość apostołowania wśród przyjaciół ze szkoły a potem na uczelni. Chodzi o to by pracę i własne obowiązki (zawodowe, rodzinne) uświęcać, czyli kierować do Boga. „Model duchowości” to wybitnie świeckiej, czyli „bycie w świecie” staje się okazją do służby Panu Bogu. Nie wymaga porzucenia środowiska, ale życie w nim w inny sposób, jako zaczyn, jako apostoł. Jednak słowo „model” nie jest dokładnym, wskazuje jakby wszyscy byli jednakowi, sztampowi… powiedziałbym że „styl Opus Dei” to różnorodność. Do Opus Dei należą ludzie z bardzo różnych kultur: Azjaci, Europejczycy, Latynosi, Żydzi…
kl. Wojciech Kania: Opus Dei w Polsce działa od kilkudziesięciu lat. Jak doszło do powstania Dzieła w Polsce?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Opus Dei dla swego działania potrzebuje minimum wolności. Dopiero po 1989 r. w Polsce powstały ośrodki Prałatury. Zaczęliśmy od Szczecina dlatego, że śp. abp. Majdański bardzo nalegał, aby w jego archidiecezji powstały ośrodki. Potem szybko Warszawa, Kraków, Poznań, etc. Co dalej? Zobaczymy jak Bóg poprowadzi.
kl. Wojciech Kania: Jakie książki poleciłby ksiądz przeczytać osobą zainteresowanym duchowością Opus Dei oraz samym Dziełem?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Z książek św. Josemarii Escrivy „Droga” i „Przyjaciel Boga”. O samym Założycielu jest w języku polskim bardzo wiele pozycji. Każdy może wybrać co mu odpowiada, od komiksu do trzy tomowej pozycji Andresa Vazqueza de Prady (ponad 2500 stron). O samej instytucji można przeczytać na Internecie, lub V. Messoriego, J. Allena, G. Romano, D. Le Turneau. Muszę przyznać, że wiele jest takich osób, które przeczytały teksty krytyczny (np. artykuł w Trybunie) i zainteresowały się Dziełem do tego stopnia, że odkryły na tej drodze swoje Boże powołanie.
kl. Wojciech Kania: Gdzie powinien się udać młody człowiek, który chciałby wstąpić do Opus Dei?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Nawiązać kontakt z Opus Dei nie oznacza wstąpić. Jest mnóstwo ludzi, którzy latami korzystają z różnych środków formacyjnych a wcale Bóg ich nie powołuje do wstąpienia do Opus Dei. Młody człowiek zazwyczaj korzysta z Internetu. Wystarczy, by wystukał na „goglach” Opus Dei + miasto w którym mieszka. Potem napisał emaila lub zadzwonił do najbliższego ośrodka.
kl. Wojciech Kania: Opus Dei jest ruchem dla ludzi świeckich. Jaka jest rola kapłana w formacji członków i jak wygląda taka formacja?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: W Opus Dei tylko 2% to kapłani inkardynowani do prałatury. Pewną cechą Dzieła to mocna harmonia pracy świeckich i kapłanów. W ten sposób księża mogą na 100 % zajmować się tym, co specyficzne dla księdza: głoszenia słowa Bożego i udzielanie sakramentów. Warto jeszcze powiedzieć, że jest Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża związane z Opus Dei skupia księży diecezjalnych, którzy w tym Stowarzyszeniu znajdują pomoc duchową. Dla nich Opus Dei to wsparcie, by uświęcać własną pracę kapłańską, tą którą im poleca ich ordynariusz.
kl. Wojciech Kania: Co sprawia, że Opus Dei postrzegane jest jako tajne stowarzyszenie lub nazywane „białą masonerią”?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Takie książki jak „Kod da Vinci” i bezmyślne powtarzanie przez innych tych dyrdymałów. Być może mały wysiłek instytucjonalny, by prowadzić szeroki PR. Jednak Marcin Przeciszowski dyrektor KAI mówił publicznie, że Opus Dei być może jest instytucją o której najłatwiej się dowiedzieć. Istotą Opus Dei nie jest noszenia na klapie znaczka „OD” lecz życiem w taki sposób, by „widząc wasze dobre uczynki, chwalili Ojca waszego, który jest w Niebie” (Mt 5). Zbytnie afiszowanie się może prowadzić do pewnej pychy zbiorowej, która jest bardzo szkodliwa. To duchowość zakonna wymaga znaku, habitu. Dla świeckich nie jest to odpowiedni. Członkowie Opus Dei niczym się nie różnią od innych obywateli. Ich znajomi wiedzą o tym, że oni są związani z Dziełem. Ta przynależność jest czymś tak naturalnym jak to, że sól jest słona a światło oświeca (por. Mt. 5).
kl. Wojciech Kania: W prasie a ostatnio także w różnych publikacjach książkowych pojawiają się ataki na Opus Dei. Czasami twórcami tych opinii i ataków są sami byli członkowie Dzieła. Skąd się biorą te ataki i jak się do nich ustosunkowywać?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: „Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził.” W naszych czasach przesiąkniętych relatywizmem nie może dziwić krytycyzm wobec wszelkich instytucji mocnych. Kościół, a w nim Opus Dei, to instytucja budowana wokół prawdy a nie wokół tego co ludzie chcą usłyszeć. Nie prowadzimy badań opinii publicznej. W Opus Dei bardzo serio się traktuje prawdę o oddaniu. Św. Josemaria mówił, że nie lubi sloganów, czyli takich frazesów, które się powtarza, ale się nimi nie żyje, lub przynajmniej stara się nimi żyć. Przy tym nie mamy poczucia oblężonej twierdzy. Nawet taki przykre zjawisko jak „Kod da Vinci” dla Dzieła był okazją do tego aby wiele osób się zainteresowało nim. Dzieło się wciąż rozwija i jest bardzo wiele ludzi życzliwych, też i takich, którzy może kiedyś się związali z nim a potem trudy życia inaczej pokierowały. Ogólnie myślę, że nie jest dobrą drogą do poznania jakiejś instytucji słuchania wyłącznie głosów byłych członków. Na przykład, by pojąć kapłaństwo drogą nie jest zebranie wyznań byłych księży. Prócz tego, zazwyczaj żadna instytucja nie wdaje się w polemiki z konkretnymi przypadkami.
kl. Wojciech Kania: Krąży także mit, że członkowie Dzieła umartwiają swoje ciało częstym biczowaniem i innymi praktykami. Mit głosi, że wszyscy członkowie, a przecież jest to dobrowolna praktyka do której nikt nie zmusza. Jak to wygląda w rzeczywistości?
Ks. dr Stefan Moszoro - Dąbrowski: Ojciec Pio, Brat Albert, Jan Paweł II, św. Paweł, św. Ignacy… oni wszyscy stosowali umartwienia cielesne: posty, czuwanie, włosiennica (proszę uważnie przeczytać Dzienniczek Siostry Faustyny). Opus Dei nie odcina się od tej tradycji. Jednak rzeczywistość jest taka, że nadzwyczajne umartwienia nie stanowią sedno duchowości. Opus Dei to codzienny krzyż niesiony z radością. Czyli punktualne i szybko wstawanie rano, porządek w pokoju, uśmiech dla wszystkich, umiarkowanie w korzystaniu z TV, czuwanie nad wzrokiem, etc. Szkoła św. Josemarii to szkoła drobnych rzeczy.
kl. Wojciech Kania: Serdecznie dziękuję za rozmowę
Wywiad z Anną Dymną
Najważniejsze by działać
Kl. Wojciech Kania: Jest Pani legendą polskiego kina i teatru, a od jakiegoś czasu również pomaga Pani osobom niepełnosprawnym. Jaka jest historia Pani współpracy z osobami niepełnosprawnymi? Jak wszystko się zaczęło?
Anna Dymna: W 1999 roku ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta, zaprosił mnie do Schroniska dla Osób Niepełnosprawnych w podkrakowskich Radwanowicach. Miałam wiele obaw. Nie widziałam, jak mam tam się zachować. Bałam się nawet tego spotkania. Kiedy jednak znalazłam się w radwanowickim schronisku, najpierw zdziwiłam się, a potem zachwyciłam. Zaczęłam coraz częściej przyjeżdżać do Radwanowic, pomagać terapeutkom w realizacjach tamtejszego Teatrzyku „Radwanek”, którego aktorami są osoby niepełnosprawne intelektualnie. W 2003 roku, po namowach księdza Zaleskiego i wielu innych osób, założyłam Fundację „Mimo Wszystko”. Musiałam to zrobić, by ratować los 26 osób niepełnosprawnych intelektualnie, które, na mocy nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnieniu osób niepełnosprawnych, utraciły prawo do korzystania z Warsztatów Terapii Zajęciowej finansowanych przez PFRON. Sprawy potoczyły się lawinowo. Obecnie moja Fundacja pomaga chorym i niepełnosprawnym na terenie całego kraju.
- Czy wizerunek gwiazdy pomaga otwierać drzwi i serca sponsorów Pani akcji charytatywnych?
- Na pewno tak. Nieraz mówię, że obecnie moja twarz pracuje nie na mnie, lecz na rzecz moich podopiecznych. Ale na dobroć i hojność polskiego społeczeństwa składa się wiele elementów. Podstawowy to ten, że ludzie w istocie są wspaniali i chcą pomagać potrzebującym. Naprawdę! Mam na to liczne dowody. Poza tym moja Fundacja zawsze działa konkretnie i celowo. Widać tego efekty. Dla darczyńców ma to najistotniejsze znaczenie.
-Do opieki nad ludźmi niepełnosprawnymi potrzeba wiele energii. Skąd czerpie Pani siły?
- Przede wszystkim od ludzi, moich niepełnosprawnych przyjaciół, którzy, mimo że cierpią i są fizycznie okaleczeni, nieraz zachwycają mnie wolą życia, pogodą ducha i uśmiechem. Uczę się od nich bardzo wiele. Ten ich wewnętrzny promień zaraża mnie i daje siłę do działania.. Ale jest też inna rzecz. To zupełnie tak, jakbym na każdą dziedzinę mojej pracy miała inną baterię. Wymieniam je tylko: na Salon Poezji – bateria numer jeden, do telewizji – bateria numer dwa, do działania na rzecz Fundacji „Mimo Wszystko” – bateria numer trzy, do gotowania i sprzątania w domu – jeszcze inna. Ja po prostu lubię pracować, a różne sfery działalności regenerują moje siły i sprawiają, że każdego dnia mam ochotę podejmować nowe wyzwania.
- Pani program „Spotkajmy się” wyciska łzy i porusza serca wielu ludzi. Czy Pani powstrzymuje łzy podczas spotkań z niepełnosprawnymi? Jak udaje się Pani rozładować nagromadzone emocje?
- Nieraz zarzucano mi, że ten program prowadzę nieprofesjonalnie, bo widać czasami, jak bardzo jestem poruszona losem moich rozmówców. Tylko że ja nie jestem ani psychologiem, ani terapeutą. Nie mogę więc prowadzić „Spotkajmy się” „na zimno”, bez wewnętrznych poruszeń. Reaguję zgodnie ze stopniem własnej wrażliwości. Nieraz zdarzało się, że co prawda podczas nagrywania „Spotkajmy się” zdołałam powstrzymać łzy, lecz w nocy nie mogłam spać. Moi bliscy współpracownicy wiedzą, ile kosztują mnie takie rozmowy. One są przecież niezwykle intymnym kontaktem pomiędzy dwiema osobami. Nie ma w tym żadnej kalkulacji, więc również moje reakcje są naturalne. Być może zrezygnowałabym z prowadzenia „Spotkajmy się”, ale otrzymuję wiele listów zarówno od osób chorych i niepełnosprawnych jak i uznanych autorytetów medycznych, które uświadamiają mi, jak bardzo ten program jest potrzebny i jak wiele dobrego robi.
- Czy uważa Pani, że praca i trwanie z niepełnosprawnymi to powołanie?
- Nie ma sensu używać wielkich słów, a jeśli już, to sądzę, że takie powołanie ma w sobie każdy człowiek. Przecież ludzie pomagają sobie wzajemnie, czasami bez rozgłosu i niekoniecznie w sposób nagłaśniany przez mass media. Nie ma chyba na tym świecie człowieka, który nie otrzymałby od kogoś bezinteresownej pomocy i który sam nie okazałby dobroci komuś. Uważam, że wiele osób chce wspierać potrzebujących. Czasami tylko się wstydzą albo nie wiedzą, jak to robić. Najważniejsze, że pragnienie czynienia dobra jest w każdym z nas. Najważniejsze by działać. Samymi deklaracjami świata się nie zmieni.
- Pani fundacja działa na wielu płaszczyznach. Między innymi organizowane są koncerty, na których dzieci niepełnosprawne śpiewają z gwiazdami. Czy artyści chętnie się zgadzają na udział w takich przedsięwzięciach?
- Jeśli tylko mają wolny od zawodowych obowiązków czas, przyjeżdżają na te imprezy bardzo chętnie. Od żadnej gwiazdy nie usłyszałam jeszcze: „Nie”. Bo to są zwyczajni ludzie, pełni ciepła, którzy chcą okazywać serdeczność wszędzie tam, gdzie mogą to robić. W tym nie ma żadnej sztuczności. Ewa Błaszczyk już od trzech lat jest przewodniczącą jury Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty, Ewelina Flinta z własnej inicjatywy zbiera pieniądze na jeden z ośrodków, który buduje moja Fundacja, Rafał Kubacki, Włodzimierz Szaranowicz i wiele innych znanych postaci co roku towarzyszy niepełnosprawnym sportowcom na krakowskim Rynku podczas Ogólnopolskich Dni Integracji. Robią to z wielką ochotą. Ich radość przelewa się na wszystkich uczestników i widzów tych spotkań.
- Sporo dziś mówi się o osobach niepełnosprawnych, bilbordy reklamy w telewizji i prasie. A jak ta rzeczywistość wygląda tak naprawdę? Czy Państwo w jakimś większym stopniu zajęło się osobami niepełnosprawnymi choćby umożliwiając łatwiejszy dostęp do urzędów robiąc specjalne podjazdy, szersze drzwi itp.?
- To sprawa bardzo złożona. Brak podjazdów dla wózków inwalidzkich, społecznej edukacji czy ułatwień dla codziennego funkcjonowania osób ciężko chorych i niepełnosprawnych są najlepszą odpowiedzią na to pytanie. Wiele trzeba zrobić w tej kwestii. Ale fakt, że pojawiają się bilbordy i mówi się o problemach osób niepełnosprawnych świadczą też o tym, że ich sytuacja w naszym kraju powoli się zmienia. Zmianie ulega także postrzeganie tych osób przez społeczeństwo. To mnie ogromnie cieszy.
- Co daje Pani praca z osobami niepełnosprawnymi?
- Trudno to nazwać słowami, bo dar ten ma wiele wymiarów. Na przykład przekonałam się, że ludzie niepełnosprawni intelektualnie są jak promienie słońca, czyści jak łzy, są dla mnie takimi prawdziwymi wzorcami człowieczeństwa, nieskażonego naszymi dziwnymi pomysłami rodzącymi się w ludzkim umyśle. To dzięki nim zaczęłam sobie zadawać pytania, dlaczego zabijamy w sobie różne ludzkie odruchy, pragnienia, których się tak boimy. Oni nam uświadamiają nam również, jak bardzo człowiek potrzebuje człowieka. Natomiast osoby niepełnosprawne ruchowo pokazują jak wielka moc tkwi w każdym człowieku. W tym kontekście słowo „niepełnosprawny” nie jest właściwe, bo istnieją przecież osoby zdrowe, silne, inteligentne, ale kompletnie nie wiedzące, co począć z własnym życiem. W niczym nie widzą sensu. To one są niepełnosprawni, nie zaś ci, którym brakuje ręki, nogi albo, którzy są niewidomi. Czyż nie?
- Jakie są Pani plany na przyszłość?
- Palny mam wielkie i piękne. Nie chcę jednak o nich mówić, by niczego nie zapeszyć. Prócz społecznej pracy w Fundacji „Mimo Wszystko”, gram obecnie w „Orestei” na deskach mojego ukochanego Teatru Starego i – gościnnie – w „Mewie” w Teatrze Słowackiego. Niebawem też zacznę pracować na planie filmowym. Jeśli dodać do tego prace pedagogiczną w Szkole Teatralnej, coniedzielne spotkania w Krakowskim Salonie Poezji i prowadzenie programu „Anna Dymna – Spotkajmy się”, widać, że pracy mam sporo. Ona czyni mnie szczęśliwą. Myślę, że czucie się potrzebnym czyni szczęśliwym każdego z nas. Plany na przyszłość? Pragnę nadal pozostać tak szczęśliwą.
|