Spacer


Wieczorem
Gdy świat zabrał swój niepokój
I udał się na spoczynek
Samochody
Przestały warczeć na siebie
Klękam
Z obawą
Quo vadis
Domine . . .
Ta sama polana
Z kwiatami nadziei
Z trawą wyrosłą z miłości
Przeplataną promieniami
Światła
Czuję dłoń świętego Franciszka
Zaproszenie
Na wędrówkę
Przez modlitwę
Z łagodnymi jak jagnięta wilkami
Ptakami o głosach aniołów
Przez Górę Synaj
Tabor
Z wyrytymi w sercu
Kamiennymi tablicami
Wstaję umocniony
Z sercem
Ciężkim od obaw . . .

 

 

Modlitwa


Panie pofałduj
Posadzkę kościoła
By poczuła ludzi
Uczesz rozwichrzone
Liście drzew
Uspokój
Serduszko myszki
Bojącej się kota
I uczyń przyjaźń między nimi
Przyjmij
Bukiet cierpienia
Które święty Franciszek
Niesie Ci w darze
Przekręć
Klepsydrę czasu
I
Niech się tak stanie

 

 

Deszcz


Pośród zwykłego deszczu
Ludzkich łez
Był taki deszcz
Boskiej
Białej krwi
Oczyścił wszystkie łzy
Kropla
Spadła na każdy kamień
Krusząc skorupy
Był taki deszcz
Jedyny
Na wczoraj
I na jutro
Pustynia wydała trawę
A kamienie zakwitły

 

 

Kim jestem?


Kim jestem
abyś za mnie umierał?
Czym moje słabości
okupione Twoją śmiercią?
A jednak
podałeś mi rękę . .

 

 

I nadejdzie koniec


Na starym lichtarzu
Kończy żywot świeca
Wraca lotem błyskawicy
Do zapałki trzymanej przez mnicha
I dostał wolną rękę
Myśli
Czy dobrze się wypaliła?
Czy właściwie?
Czy nikczemny wicher
Nie wykorzystywał jej światła?
Woskowa łza
Zakręca się na lichtarzu
Pojednana
Z wszechmogącym mnichem
Ostatnie błyski
Spędza ze śnieżną
Skrzydlatą myszką
Prowadzącą ją ku światłu

 

 

Tajemnicza rozmowa


Siedząc pod kasztanami
Wśród benedyktyńskich śpiewów
Przybrudzony
Myślami biegnę przez miesiąc
Serce skruszone
Klęka przed Synem . . .
Było niewierne
Pobiło się z mrówką
Przeklęło ślimaka
- nie sprzątającego
Ugryzło szerszenia
(ale on zaczął)
Chwila rozmowy . . .
I po kąpieli
Wstaje
Niemal frunąc
Pełne radości

 

 

Sprzątanie


Wyszedłem na pustynię
Liczyć ziarenka pisaku
Posprzątać duszę
Jednak czy chcę?
Jest mi ciepło
W brudnej skorupie
Łatwiej wszystko wytłumić
Tylko czy żyć jak świnia?
I skończyć na ruszcie . . .
Nie będę chodził
Po płatkach róż teraz
Ale kiedy przyjdziesz
Moje przeźroczyste serce
Wypuścisz na łąkę
Pełną wiosennych fiołków
I niewinnych stokrotek

 

 

Wypełnienie


Jeśli to możliwe
Niech ludzie przestaną
Jeść chleb powszedni
I pić wodę z kielicha życia

Jeśli to możliwe
Niech przestanę
Kochać ludzi
Za ich lenistwo

Jeśli to możliwe
Niech nie czuję grzechu
Który noszę w sercu
A uśmiercam z miłości

Jeśli to możliwe
Niech Judasz będzie jak Piotr
I zapłacze zamiast uciekać
Może nie byłby bity co roku

Jeśli to możliwe
Niech nie biją różami
Których kolce zostają w ciele
Nie pozwalając krwi przestać płynąć

Jeśli to możliwe
Niech Krzyż będzie lżejszy
Albo nich Go nie będzie
Bo boję się bólu

Jeśli to możliwe
Niech będzie moja wola
Jednak jestem narzędziem
I wypiję kielich woli Twojej

 

 

Sekundowe powroty


Kiedy Ty jesteś zakochana
Ja już nie kocham
Kiedy ja kocham
Ty jesteś na dnie
Tańczące z wiatrem liście
Kończą pewną epokę
Oddzielają się od drzewa
Aby żyć swoim życiem
Powracają tylko myślą
Czasami

 

 

Wymarzona majówka


Ty i ja
Siedząc na zielonym dywanie
Pod krzyżem na Salve Regina
Trzymając Cię za dłoń
I patrząc
W lazurowe perełki
Nabieram odwagi
W ważnej chwili życia
Napełniasz szczęściem całego mnie
Razem
Spoglądamy
Na błękitną wstęgę
Okalającą Mały Rzym
Na okryte żałobą
Uśmiechające się kwiatki
Patrzące z zazdrością
Na boską Wenus
Która przyszła
Z maleńkim słowikiem
Na majówkę jego marzeń

 

 

Krajmił


Rozwiane włosy Twoje
Bawią się z wiatrem
Wkładając w nie ręce
Obejmuję Cię pocałunkiem
Łapiąc promyk słońca
Wycinam serce z chmurki
Ulotnej
Granitowe
Jak dwa motyle
Przysiadamy
Na pachnącej terpentyną
Magnolii Wyczółkowskiego

 

 

Łzy


Siedząc na ławce
Obok miłości
Patrząc w przyjacielskie oczy
Widzę słone perełki
Uśmiechające się szczerze
I dziękujące
Za spełnione marzenie . . .
Może kiedyś mnie pokochasz
Cichego
Skromnego
Wariata

 

 

Chwila


W świecie ciszy
Widzę Ciebie
W oknie lekki zefirek
Przynosi
Różany zapach wspomnień
Które poruszają
Nie tak jak dawniej
Miło jest
Pobiec w przeszłość
Na mniej niż chwilę
Zobaczyć uśmiech
I wrócić

 

 

Poszukiwana


Chciałbym spytać
- Tylko kto mi odpowie
Gdzie jest miłość?
Pytanie rodzi następne
Utonęła z Tytanikiem
I błąka się wśród głębin
Nie mogąc wypłynąć?
Chciałbym
Musnąć ją w policzek
Naturalny
Chwycić za płatek różany
I spacerować Mleczną Drogą
Czasem
Wypić herbatę
Z tulipanów
W cieniu nadziei
W oczekiwaniu końca deszczu
Tylko
Czy się odnajdzie?

 

 

Lipcowa noc


Skąpany w grze świerszczy
Stoję w samotnym oknie
W noc pełną księżyca
Budzi się we mnie
Miłkołak
Ze słonymi diamentami
Rozbijającymi się o parapet
Zgasiłaś moją miłość
Niczym wypalonego papierosa
Ja jednak płonę
Jak żywa pochodnia
Potrzebująca paliwa
Ale to Twoja decyzja
. . .

WOJCIECH KANIA